So you want to be a pirate, eh? You look more like a flooring inspector.

Kinomaniak, chomik i legalność serwisów streamingowych

The Secret of Monkey Island (1990) Za cholere nie mogę ustalić, kto jest dziś właścicielem praw autorskim więc (c) Disney, LucasArts, Electronic Arts

Na naszych oczach umiera stary model dystrybucji kultury w sieci. Stary porządek umiera w agonii, a jakżeby inaczej – kopie, wierzga i rzuca kalumnie. Bezskutecznie – pomimo zaangażowania olbrzymich pieniędzy, kampanii medialnych lud jakoś nie chce przyjąć do wiadomości, że piractwo to ZŁO. Lud zapewne nie jest w stanie do końca zrozumieć, czemu taka, dajmy na to, biblioteka, funkcjonuje legalnie a chomika już się czepiają. Albo inaczej: może zrozumieć dlaczego się czepiają, ale w żaden sposób nie może wzbudzić w sobie moralnego obrzydzenia dla haniebnego czynu piractwa. To jest bardzo niekomfortowa sytuacja dla ustawodawcy, bo ustawodawca chce, ale nie może. Bardzo trudno jest egzekwować zakaz, którym społeczeństwo gardzi. Co niektórzy artyści również gubią się w tych trudnych czasach i, niczym ćmy lecące do płomienia świecy, angażują się w durne kampanie. Jedynym skutkiem tego jest ośmieszenie własnego wizerunku, czego skutecznie dokonał np Kazik a wiele lat wcześniej Lars Ulrich walczący z Napsterem, który wymyślił ten rodzaj obciachu zanim stało się to modne.

Decentralizacja sieci P2P powoduje jednocześnie, że dla przemysłu fonograficznego i filmowego walka ze zjawiskiem przypomina walkę ze 100-głową hydrą. Ludzie nie chcą być piratami – ludzie po prostu chcą wygodnego i szybkiego dostępu do filmów, seriali i muzyki… Co w związku z tym?

Potrzebny jest całkowicie nowy model dystrybucji

Co w związku z tym? Chyba wiadomo: Deezer, Spotify, Netflix…  Ale to nie wszystko – YouTube pełen jest naruszających prawo autorskie treści. To samo dotyczy Groovesharka będącego solą w oku przemysłu muzycznego, bo prawnie ustawili się tak, że są nie do ruszenia a do tego bezczelnie straszą jeszcze wzajemnymi roszczeniami w przypadku nieuzasadnionego powództwa. Ostatnio świat obiegła do tego wiadomość, że jacyś poszkodowani z branży porno zamierzają pozywać użytkowników RedTube.

W Polsce popularnością cieszą się serwisy streamingowe jak zamknięty niedawno Kinomaniak.tv. Użytkownicy mogą na nich oglądać filmy oraz umieszczać swoje (tj. ściągnięte przez siebie). Kinomaniak cieszył się taką popularnością, bo historie napływające ze świata i z Polski powoli zaczynają zniechęcać internautów do P2P. Na identycznej zasadzie działa Chomik. Jak to wygląda prawnie?

Pierwsze przykazanie: nie udostępniaj

Sprawa legalności serwisów streamingowych i chomika ma dwa aspekty: karny i cywilny. Najpierw zajmijmy się karnym. Nielegalne, tj. zabronione pod groźbą kary jest rozpowszechnianie cudzego utworu. Prawo autorskie mówi tak:

Art. 116.
1.     Kto bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom rozpowszechnia cudzy utwór w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania, artystyczne wykonanie, fonogram, wideogram lub nadanie,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
[…]
4.     Jeżeli sprawca czynu określonego w ust. 1 działa nieumyślnie,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Przedstawiciele Pirate Bay i niektórzy internetowi mędrcy twierdzą, że udostępnianie utworu mieści się w ramach dozwolonego użytku własnego, bo to jak pożyczenie książki, czy przegranie płyty koledze. Nie będę się nad tym rozwodził, ale to zupełnie chybiona interpretacja i na pewno nie przekona prokuratury. Gołym okiem widać różnicę pomiędzy udostępnieniem koledze a udostępnieniem milionowi anonimowych użytkowników. Pirate Bay też na tym poległ i obawiam się, że jak już w końcu kogoś w Polsce skażą, to też nie pomoże mu ta linia obrony.

Właśnie – „jak już kogoś w Polsce skażą”, bo na razie, o ile wiem, nikogo nie skazali. Dlaczego tak jest? Przestępstwo z prawa autorskiego jest przestępstwem wnioskowym, tj. musi je popierać pokrzywdzony. Pamiętam jak kilka lat temu pewna kancelaria z Białegostoku tropiła udostępniających wywodzącą się z tamtych stron muzykę disco-polo w sieciach P2P. O ile wiem nie skazano nikogo. Sprawy karne raczej są umarzane po cofnięciu wniosku pokrzywdzonego. Zdaje się, że wygląda to tak, że firmy fonograficzne nie są kompletnie głupie i na razie próbują tylko postraszyć, bo boją się o swój wizerunek.

Drugi aspekt tych postępowań karnych opiera się na tym, że jest taka stara prawnicza sztuczka, która polega na złożeniu zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa po to, żeby organy ścigania zebrały dowody, które potem można wykorzystać w procesie cywilnym. Moim zdaniem w większości tych spraw chodziło właśnie o to.

Jeszcze inną możliwością jest chęć postraszenia i wyciągnięcia jakichś drobnych kwot w drodze zawartych ugód. Prawnik reprezentujący powoda wysyła pisma, w których pisze z grubsza, że albo zapłacisz 500 zł, albo spadną na Ciebie postępowanie karne, pozew o miliard dolarów, zabezpieczenia roszczeń. 10 plag egipskich i czyraki. A jak zapłacisz to podpisujemy ugodę, żegnamy się i  sprawie. W USA mówią na to legal shitstorm, czyli zalew problemów z sądem, które same w sobie mogą zmotywować pozwanego do spełnienia roszczenia. Jeżeli nastraszysz 100.000,00 ludzi takim legal shitstormem, a 5% zapłaci to i tak jesteś do przodu.

Nie bardzo natomiast wiadomo, co by powiedział sąd na torrenty, gdzie ściągając niby udostępniasz, ale np. przez 10 minut we współudziale z 20 tysiącami osób. W Polsce na razie mamy pierwszy legal shitstorm dotyczący torrentów ufundowany przez firmę z Niemiec. Możecie o nim sobie poczytać tutaj.

Pamiętaj zatem, że karalne jest rozpowszechnianie, czyli umieszczanie plików w sieci. Wydaje się, że serwisy, o których mówimy zabezpieczyły się na tyle, że nikt ich nie pozwie. Po prostu solennie obiecują, że jak ich powiadomisz o naruszeniu prawa  autorskiego, to szybko usuną plik. Myślę, że tak to już zostanie przez jakiś czas. Niemniej jednak umieszczenie na nich nieswoich plików wypełnia znamiona przestępstwa rozpowszechniania cudzego utworu bez zezwolenia. Dotyczy to np. wszystkich kont na chomiku – na pewnym forum widziałem wpis człowieka, który dostał wezwanie do zapłaty 2 milionów złotych za udostępnienie swojej kolekcji mp3.

Moja konkluzja z tych przemyśleń jest następująca: udostępniania i wstawiania gdzieś cudzych plików unikaj jak ognia, bo to Ty odpowiadasz a nie dany serwis. jeśli zdarzyło Ci się oglądać filmy w serwisach streamingowych albo ściągać pliki z Chomika to wg. polskiego prawa na pewno nie popełniasz przestępstwa. Nie musisz też pocić się ze strachu przed więzieniem zastanawiając się, czy dany filmik na  RedYouTube jest legalny.

The end is nigh

Nie mam żadnych wątpliwości, że stary porządek umrze na rzecz zupełnie nowego sposobu dystrybucji kultury, ale na pewno nie podda się bez walki. Żeby było lepiej musi najpierw zrobić się gorzej, jak mawiają homeopaci.  Już w pierwszym wpisie odwoływałem się do świetnej książki Charlesa Strossa pt. Accelerando, w której autor pokusił się o opisanie rozwoju ludzkości przez najbliższy 1000 lat. Jednym z motywów we fragmencie dziejącym się w najbliższej przyszłości jest właśnie śmierć starego modelu praw autorskich: ostatnim właścicielem licencji do XX-wiecznej muzyki zostaje rosyjska mafia, która przemocą próbuje egzekwować opłaty. Będzie interesująco.

Czekajmy zatem na Netflix!

PS. Pod wpływem słusznych uwag w komentarzach wyedytowałem wpis wycinając moją błędną dywagację na temat odpowiedzialności cywilnej. Stanie się ona kanwą nowego wpisu z uwzględnieniem sciągania z torrentów.