Co mogę i czy warto?

Polski internet hejtem stoi. Wie to chyba każdy, łącznie z hejterami. Czasem można to znosić, a czasem sytuacja jest na tyle szkodliwa, że warto upomnieć się o swoje dobre imię. W przypadku osób znanych dobra osobiste naruszają autorzy komentarzy, często portale internetowe i tradycyjne papierowe czasopisma. W świecie, w którym wszyscy googlają wszystkich, obraźliwy, czy kłamliwy artykuł z tabloidowego portalu znajdzie się na wyższej pozycji google’a niż nasza wizytówka www, więc jest o co powalczyć. Jak się za to zabrać?

Na początek ustalmy co chroni prawo. Katalog dóbr osobistych jest katalogiem otwartym. W kontekście zniesławienia i pomówienia najczęściej możemy mówić o naruszeniu czci, godności, wizerunku, dobrego imienia. Gdy te dobra osobiste zostaną naruszone, domagać się możemy:

  1. usunięcia danych treści, czyli zaprzestania określonego działania,
  2. usunięcia skutków działania, w szczególności opublikowania przeprosin, sprostowania itd.,
  3. wpłaty odpowiedniej sumy pieniężnej na wskazany niego cel społeczny,
  4. zadośćuczynienia, czyli określonej kwoty pieniężnej,
  5. naprawienia szkody majątkowej, którą ponieśliśmy.

Jeśli któreś ze wskazanych rozwiązań nas satysfakcjonuje, to prawo otwiera nam drogę do jego wyegzekwowania od sprawcy.

Kogo ścigać?

Na pierwszy ogień weźmy najpowszechniejszą plagę, czyli autorów komentarzy. Z tymi jest najtrudniej. Z tych samych przyczyn, dla których nie mają czego się obawiać „udostępniacze torrentów” – trudno nam będzie ustalić, kto jest faktycznym autorem inkryminowanego wpisu. Możemy, wykorzystując organy ścigania, ustalić kto podpisał umowę z dostawcą internetu, ale to nie wystarczy. Oczywiście w pewnych sytuacjach to może okazać się skuteczne. Gdy policja ustali, np. że w danym mieszkaniu nikt więcej nie mieszka, mamy większe szanse.

Kwestia, czy za wpisy użytkowników odpowiada portal została uregulowana w art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną:

Art. 14. 1. Nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności, a w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych.
2. Usługodawca, który otrzymał urzędowe zawiadomienie o bezprawnym charakterze przechowywanych danych dostarczonych przez usługobiorcę i uniemożliwił dostęp do tych danych, nie ponosi odpowiedzialności względem tego usługobiorcy za szkodę powstałą w wyniku uniemożliwienia dostępu do tych danych.
3. Usługodawca, który uzyskał wiarygodną wiadomość o bezprawnym charakterze przechowywanych danych dostarczonych przez usługobiorcę i uniemożliwił dostęp do tych danych, nie odpowiada względem tego usługobiorcy za szkodę powstałą w wyniku uniemożliwienia dostępu do tych danych, jeżeli niezwłocznie zawiadomił usługobiorcę o zamiarze uniemożliwienia do nich dostępu.

Oznacza to, że dopóki usługodawca, czyli np. właściciel portalu, nie dowie się, że dana treść jest bezprawna, czyli na przykład oszczercza, nie odpowiada za szkodę względem osoby, której szkodę wyrządzono. Po uzyskaniu wiarygodnej wiadomości natomiast powinien już wpisy usunąć, bo grozi mu odpowiedzialność odszkodowawcza. Na początku była pewna wątpliwość za co faktycznie odpowiada usługodawca – czy odpowiada za naruszenie dóbr osobistych, czy tylko za szkodę spowodowaną nieusunięciem wpisu. Ostatecznie sądy ustaliły, że właściciel portalu odpowiada za wpis, w tym za naruszenie dóbr osobistych, jeśli wiedział (wystarczy,, że otrzymał wiarygodną wiadomość) o bezprawności wpisu i niezwłocznie go nie usunął. Zaczęło się chyba od wyroku SN w sprawie Romana Giertycha, w którym sąd ostro potraktował właścicieli portali, gdyż stwierdził, że w określonych sytuacjach istnieje domniemanie, że właściciel odpowiada za wpisy nawet gdy o nich nie wie, a poza tym że odpowiada za naruszenie dóbr osobistych a nie tylko za szkodę wywołaną nieusunięciem wpisów. Zainteresowanych odsyłam do artykułu w Dzienniku Internautów albo odszukać sam wyrok (I CSK 128/13 ). Ostatnie wyroki zapadłe w tym roku  (pierwsze z brzegu: SA w Warszawie z 11.06.2015 i, SN z 14.01.2015 I ACa 1842/14, II CSK 747/13) stanowią już jednoznacznie:

Usługodawca świadczący usługi polegające na umożliwieniu bezpłatnego dostępu do utworzonego przez siebie portalu dyskusyjnego nie ponosi odpowiedzialności za naruszenie dóbr osoby trzeciej, chyba że wiedział, że wpis na portalu narusza te dobra i nie usunął go niezwłocznie.

Nieco inaczej jest w przypadku naruszenia dóbr osobistych przez artykuł zamieszczony na danym portalu. Tutaj w sukurs przychodzi nam prawo prasowe, a konkretnie art. 38:

1. odpowiedzialność cywilną za naruszenie prawa spowodowane opublikowaniem materiału prasowego ponoszą autor, redaktor lub inna osoba, którzy spowodowali opublikowanie tego materiału; nie wyłącza to odpowiedzialności wydawcy. W zakresie odpowiedzialności majątkowej odpowiedzialność tych osób jest solidarna.

Możemy więc pozwać autora lub redaktora, o ile mamy na to ochotę, ale możemy również po prostu ścigać wydawcę, którego dane na ogół najłatwiej ustalić.

Ile mam czasu?

Termin przedawnienia roszczeń o ochronę dóbr osobistych  przedstawia się następująco:

  • roszczenia niemajątkowe – czyli np. usunięcie wpisu – nie przedawniają się w ogóle,
  • roszczenia majątkowe – przedawniają się w terminie 3 lat od dnia, w którym poszkodowany dowiedział się o szkodzie i osobie obowiązanej do jej naprawienia, jednak nie później, niż w terminie 10 lat od dnia, w którym nastąpiło zdarzenie wywołujące szkodę.
  • jeśli zdarzenia stanowi jednocześnie występek zniesławienia, to termin przedawnienia wynosi 20 lat od dnia jego popełnienia.

Sprawa jest trochę zagmatwana. Zawsze możemy domagać się spełnienia roszczeń niemajątkowych. A co z liczeniem terminu przedawnienia przy dochodzeniu zadośćuczynienia?

Sąd Najwyższy powiedział niezbyt bystro, że dniem wyrządzenia szkody jest dzień umieszczenia danej treści w internecie. Jest to na razie jeden wyrok, ale każdy kto trochę internety rozumie, powinien czuć, że coś tu nie gra. Nie da się porównać opublikowania artykułu w papierowej gazecie, która zasadniczo po przeczytaniu trafia do kosza a odnaleźć ją można w czytelniach czasopism bibliotek, do artykułu w internecie, który wyszukuje się codziennie. Mogą być sytuację, gdy artykuł lub wpis został zamieszczony w internecie trzy lata temu, a dopiero dziś zaczęło mieć to jakieś znaczenie, bo w międzyczasie strona się wypozycjonowała. Co wtedy?

Mam nadzieję, że ten kierunek wykładni nie utrzyma się. Tym niemniej, gdy wydaje się, że roszczenie jest przedawnione należy spróbować:

  • udowodnić, że czyn był jednocześnie występkiem zniesławienia z art. 212 § 1 k.k.,
  • bronić się przed zarzutem przedawniania podnosząc, że stanowi on nadużycie prawa (art. 5 k.c. )

Pierwsza opcja wymaga wykazania winy umyślnej sprawcy, czyli tego, że działał z zamiarem zniesławienia. Do odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych na gruncie prawa cywilnego wystarczy wina nieumyślna (niedbalstwo, lekkomyślność). Występek w tym przypadku wymaga wykazania winy umyślnej i co najmniej zamiaru ewentualnego sprawcy, co nie zawsze jest łatwe.

Druga opcja wymaga wykazania, że uznanie zarzutu przedawniania jest z jakichś przyczyn niesprawiedliwe, narusza zasady współżycia społecznego. Według mnie, w przypadku internetowych naruszeń, przemawia za tym właśnie charakter internetu oraz, co powinno przemawiać do sędziów, to że portal do dnia dzisiejszego zarabia na reklamach wyświetlanych przy wpisie, nawet sprzed wielu lat. Skoro do dnia dzisiejszego zarabia, to czemu nie ma odpowiadać majątkowo?

W następnym wpisie napiszę o właściwości miejscowej sądu, bo to temat ciekawy sam w sobie.

Foto Dar’ya Sip / Flickr (CC BY 2.0)