Hitem mojego bloga pozostaje mój stary wpis o pladze copyright trollingu. Z perspektywy roku, który minął od czasu jego publikacji, stwierdziłem, ze moja ocena całej akcji oraz zagrożeń z nią związanych zmieniła się, więc pora na mały update.

Zaczęło się od spraw warszawskiej kancelarii, która rozesłała masowo wezwania do zapłaty wynagrodzenia za rozpowszechnienia w sieci torrent kilku polskich filmów. Do zabawy stopniowo dołączały kolejne kancelarie prawne a ostatnio nawet kwadratowe firmy windykacyjne. Nie ma to jak fajny model biznesowy. Kolejne wezwania do zapłaty dotyczą filmów Czarny Czwartek, Drogówka, Miasto 44, Wałęsa. Człowiek z nadziei, Co nas kręci i jeszcze zapewne kilku innych.

Nie będę się po raz kolejny rozwodził o chamstwie całego procederu, ale rok temu wydawało mi się, że realne jest, że trollerskie kancelarie spróbują doprowadzić sprawy do końca, czyli złożyć w ciemno choć kilka pozwów. Teraz wydaje mi się to coraz mniej realne. Dlaczego?

Po pierwsze, skala tej działalności jest zbyt duża. Złożenie w ciemno dziesiątek tysięcy pozwów to zbyt duże ryzyko ugrzęźnięcia w pismach, wezwaniach do uzupełniania braków formalnych, zawieszeniach z powodu nieznanego adresu. Wydaje mi się, że to zbyt duże przedsięwzięcie logistyczne.

Po drugie, podkreślić trzeba jeszcze raz, że pozwy byłyby składane totalnie w ciemno. Prokuratura ustaliła może adresy odbiorcy internetu, ale to wszystko. Gros adresów musi być nieaktualne, inne mogą dotyczyć właścicieli wynajmowanych mieszkań, inne członków rodziny, których nikt nie może posądzić o ściąganie. Pamiętajmy, że pozwana musi być osoba, która udostępniała – nie właściciel komputera, nie dzierżawca łącza i nie właściciel wynajmowanego mieszkania. Wezwania do zapłaty idą zwykłymi listami, więc wzywający nie mają nawet pewności, czy zostały odebrane, czy adres jest prawidłowy i czy w ogóle trafiły gdziekolwiek. Upewnienie się co do tego, czy adresat odebrał pismo to przed złożeniem pozwu podstawa, więc wydaje mi się, że kancelaria parające się ściganiem udostępniaczy torrentów w ogóle tego nie planują.

Po trzecie, nie ma żadnego prostego i taniego trybu na dochodzenie tego typu roszczeń. Parę lat temu firmy windykacyjne dostały prezent w postaci Elektronicznego Postępowania Upominawczego, w którym bezboleśnie można pozwać kogoś „na wędkę” i w razie czego wycofać się nie dosyłając pozwu w formie papierowej. Do roszczeń za naruszenie praw autorskich nie ma takiego trybu, więc koszty wycofania się z pozwu przeciwko niewłaściwej osobie są wysokie.

Po czwarte, nie dalej jak wczoraj, Trybunał Konstytucyjny uznał za niekonstytucyjny przepis pozwalający na dochodzenie trzykrotności stosownego wynagrodzenia za naruszenie praw autorskich. Sprawę dokładnie na swoim blogu opisał VaGlaOgranicza potencjalna lukratywność całego copyright trollingowego biznesu.

Po piąte, ostatnio prokuratury zaczęły chyba umarzać te sprawy, bo wezwania do zapłaty z ostatniej fali zostały wysłane po umorzeniu postępowania karnego, o którym wielbiciele polskiego kina na torrentach nawet się nie dowiedzieli. Oznacza to, że organy ścigania nie chcą współpracować. I dobrze.

Reasumując, zmieniam swoją starą opinię, że zapłaciłbym dla świętego spokoju. Raczej wyrzuciłbym to wezwanie do zapłaty do kosza, żeby nie potwierdzać personaliów. Oczywiście mogę się mylić, bo nie znam poziomu lukratywności tego biznesu – być może zgłodniały troll przyparty do muru zacznie kopać i drapać a za wezwaniami pójdą jakieś pozwy. Nie chce mi się jednak wierzyć, żeby przed pozwami kancelarie nie upewniły się do adresu, chociażby przez zwykłe pocztowe poświadczenie odbioru.

Plagę skutecznie ograniczyłaby depenalizacja udostępniania w celach innych niż zarobkowe, ale projekt ten ugrzązł gdzieś w Sejmie. Jedno jest pewne – kwestia wymaga pilnego ucywilizowania.

 

Foto paurian @ flickr (CC BY 2.0)