Plaga słabych twórców stron internetowych. Na co uważać wybierając web developera?

Na co uważać wybierając web developera?

Na co uważać wybierając web developera?

Zamówiłeś stronę. Miała być na za miesiąc. Miała być piękna i miała działać. Tymczasem mija pół roku a Ty szarpiesz się z firmą, która okazała się być studentem zaocznej pedagogiki z siedzibą u mamy na poddaszu, któremu kod robi kuzyn licealista. Wysyłasz po raz siódmy maila z długą listą poprawek, z których połowę zgłaszasz po raz czwarty. Linki urywają się, prowadzą do stron, których nie powinno być. Newslettery nie wysyłają się, nie da się dodać oferty a w przypadkowych miejscach strony wyskakują tajemnicze linki typu „back”, „edit” i inne funkcje darmowego CMSa. Co więcej nie dostałeś haseł dostępu, strona jest na serwerze studenta pedagogiki, który jednocześnie kupił na siebie domenę. Co mogłem zrobić, Kapitanie Hindsight? Nie chcę obrażać czytelników i tłumaczyć, że należy uważnie przyjrzeć się twórcy stron zanim zleci mu się robotę. Rynek ten jest niezwykle dynamiczny i nie wymaga wielkiego angażowania kapitału, więc niejeden młody człowiek próbuje szczęścia w tej branży i niejednego zrobienie czegokolwiek ponad prostą wizytówkę firmy zwyczajnie przerasta. Na co zatem uważać wybierając web developera? Pamiętaj, żeby zawrzeć pisemną umowę i upewnić się co do następujących kwestii:

  • dane podmiotu, z którym zawierasz umowę – żebyś wiedział, gdzie ich szukać, jak będa problemy 😉 Najlepiej zażądaj PESELu, NIPu i wpisu do CEIDG.
  • jasno określony termin wykonania dzieła i konsekwencje jego niedotrzymania
  • jasno określone zasady komunikacji (żeby potem nie oskarżyli Cię, że czegoś im nie powiedziałeś i przez to nie mogli pracować). Wskaż osoby kontaktowe, kanały komunikacji, e-maile itd.
  • upewnij się, że grafik ma pojęcie o prawie autorskim. Z mojego doświadczenia wynika, że często nie mają i nie rozróżniają licencji komercyjnych od dozwolonego użytku własnego. Znam przypadek, gdy grafik beztrosko poinformował, że na stronie można wykorzystywać do woli objęte ochroną znaku towarowego cudze logo, bo to jakby reklama. Piękne, nieprawdaż?
  • upewnij się, że programista ma pojęcie o prawie własności intelektualnej. Często programista używa gotowych modułów do CMSów itd. Te moduły różnią się licencjami – inaczej można ich używać dla celów komercyjnych, inaczej dla celów prywatnych. Partacz potrafi zakupić na siebie licencję prywatną, po czym umieścić moduł w stronie, którą wykonał dla klienta, chociaż nie ma do tego prawa.
  • nie zgadzaj się na układy, w których nie masz kontroli nad domeną i serwerem. Wykup własny serwer i domenę (to dużo nie kosztuje!) i żądaj, żeby strona WWW została na nim umieszczona. W przeciwnym razie obrażony student pedagogiki może w ramach zemsty wyłączyć Ci dostęp do strony.
  • zdefiniuj w umowie moment odbioru dzieła jako jakąś Twoją czynność – np. oświadczenie w mailu, że przyjmujesz dzieło – bo od tego zależą niektóre Twoje uprawnienia (o tym napiszę szerzej w następnym wpisie
  • dąż do tego, żeby w umowie zawrzeć kary umowne za zwłokę usługobiorcy i koniecznie zawrzyj zapisz, że te kary umowne nie wyłączają dochodzenia odszkodowania na zasadach ogólnych,
  • sprawdź, czy nie kłamią co do swoich rzekomych klientów – nierzadko firmy krzaki zwyczajnie oszukują i wymieniają klientów, których nigdy nie mieli,
  • informatycy często w swoim zakresie usług oferują regulaminy sklepów internetowych. Zlecać pisanie umowy informatykowi to mniej więcej tak, jak zlecić pisanie kodu prawnikowi. Kiepski pomysł.

Nie warto na tym oszczędzać Z doświadczenia moich klientów wynika, że partacze wcale nie są szczególnie tani. Jesli dodamy do tego stracony czas, utracone zyski i nerwy, to okazują się bardzo drodzy. W następnym wpisie zobaczymy jak dorwać takiego studenta pedagogiki, gdy nam już podpadnie, czyli powiemy o meandrach umowy o dzieło.